czwartek, 18 czerwca 2009

Tarom: OTP-CLJ

OTP-CLJ RO0649/24APR09 Boeing 737-700 "Iasi"

Jednym z ciekawszych krajów, które w ostatnim czasie, ze względu na sprawy służbowe, odwiedzam dosyć często jest Rumunia. Wprawdzie w naszej polskiej świadomości kraj ten czasem jest postrzegany jako nieciekawy i dziki, jednak moim zdaniem podejście to jest wyjątkowo niesprawiedliwe. Faktem jest, że w wielu miejscach można spotkać się tutaj jeszcze ze zwyczajami rodem z PRLu, ale nie powinno być to jednak przesłanką do negatywnej oceny kraju oraz jego mieszkańców, a co najwyżej do poznania lokalnej specyfiki życia. Po tym drobnym wstępie mówiącym co nieco o moim podejściu do podróżowania do Rumunii pozwolę jednak sobie przejść do opisu jednej z moich ostatnich podróży.

Jak każda moja podróż, również i ta zaczęła się jeszcze na warszawskim Okęciu. Nocny lot do Bukaresztu (LO643/23APR) nie różnił się jednak niczym specjalnym od innych na tej trasie (no może poza tym, że pierwszy raz w Locie dostałem klapki na oczy, co było dosyć niezwykłe na 80-minutowej trasie, zwłaszcza że na dłuższych nocnych lotach – np. do Aten czy Larnaki – do tej pory wspomnianych klapek nie dawali). Poranne spotkanie przebiegło również bez zakłóceń i około godziny 15:00 jechałem już do Otopeni na lotnisko im. Henri Coanda’y. Ponieważ do odlotu do Kluż Napoka miałem jeszcze sześć godzin, gdyż nie udało mi się przebukować na wcześniejszy lot, jak to zwykłem robić w takich sytuacjach, żeby nie nudzić się zbytnio na lotnisku, udałem się na koniec pasa w celach czysto spotterskich (fotorelację zdążyłem już zamieścić tutaj). Słońce jednak nie było dla mnie zbyt łaskawe, więc dwie i pół godziny później byłem już w terminalu i popijałem coca-colę. Ledwo jednak zdążyłem wypić dwa łyki, podeszła do mnie pani, która obsługiwała w restauracji i, mimo iż dopiero była godzina 18:15, zakomunikowała mi: „iz kloz”. Wprawdzie nie miałem zamiaru nabijać się z jej nieznajomości angielskiego, ale poprosiłem o powtórzenie tego dwa razy gdyż nie wpadłem na to, że gdzieś w Unii Europejskiej restauracja na głównym lotnisku w stolicy kraju może być zamykana o 18:00. Zamiast jednak irytować się tym faktem, ku zdziwieniu owej pani, wyszedłem z restauracji uchachany gdyż pomyślałem sobie, że pewnie 20 lat temu było tak i u nas.

Terminal krajowy lotniska Otopeni mieści się dokładnie pod terminalem przylotowym. Warto zauważyć, że zaraz obok jest sklep Billa, w którym przylatujący mogą zrobić zakupy (coś czego bardzo mi brakuje w Warszawie). Udawszy się do terminalu, okazało się że jeszcze mam prawie dwie godziny do odprawy, więc rozpocząłem poszukiwania miejsca, gdzie można podłączyć się z laptopem. Nie obyło się wprawdzie bez przesadzenia dwóch pań (mówiących tylko po rumuńsku, ale od czego jest język migowy), żeby dostać się do gniazdka z prądem, ale po chwili już siedziałem i klikałem w swoje zdjęcia samolotów. Godzinę później napatoczył się znajomy Holender, z którym miałem lecieć do Kluża i który miał nadzieję coś zjeść na lotnisku. No cóż rozczarował się nieco… Odprawa zaczęła się na godzinę przed rejsem i, trzeba tu oddać honor obsłudze Taromu, była bardzo sprawna. Prosto z check-in’u, przez kontrolę bezpieczeństwa udaliśmy się do gate’u. Boarding zaczął się na 30 minut przed planowanym czasem odlotu, a do czekającego na nas Boeinga 737-700 zostaliśmy zawiezieni autobusem.

YR-BGI „Iasi” wywarł na nas bardzo dobre wrażenie: czysty, schludny, nowoczesny i stosunkowo przestronny. Nawet w klasie ekonomicznej, którą lecieliśmy, fotele były dosyć wygodne. W odróżnieniu od większości innych linii, Tarom w klasie business w samolotach wąskokadłubowych ma zainstalowane specjalne, szerokie fotele zamiast standardowych z „ekonomika” rozdzielonych co najwyżej specjalnie zarezerwowanym wolnym miejscem. Mimo stosunkowo późnej godziny samolot był jednak pełen. Poza pasażerami tranzytowymi można było zauważyć sporo osób, które po spędzeniu biznesowego dnia (lub kilku dni) w stolicy wracały do rodzimej Transylwanii (Nie! Nikt ze współpasażerów nie przypominał wampira!). Sam lot był stosunkowo krótki – trwał raptem 56 minut. Mimo to Tarom, w odróżnieniu od LOTu, zaskoczył nas pozytywnie serwisem: do wyboru były nie tylko napoje (różne, nie tylko woda i sok), ale również zaoferowano całkiem zjadliwe batoniki lokalnej produkcji. Od razu przypomniały mi się nieodżałowane „prince polo”, które w ramach cięcia kosztów zniknęły z pokładu naszego rozdzimego przewoźnika. Ponieważ, ze względu na słabą znajomość rumuńskiego, odpuściłem sobie czytanie lokalnych gazet jedyną rozrywką poza spałaszowaniem wspomnianego cateringu była obserwacja przebiegu lotu na monitorkach wysuwających się z panelu nad głową. Wprawdzie do PTV jeszcze im daleko, ale zawsze to coś.

Podejście do lądowania w Klużu nie obyło się bez lekkich turbulencji. Samo lądowanie na pasie 08 przebiegło bez specjalnych incydentów, natomiast ze względu na lokalnie obowiązujące procedury, po zakończeniu dobiegu dokołowaliśmy na koniec drogi startowej oznaczony 26, a następnie zawróciliśmy i pokołowaliśmy w stronę terminala. Ledwo nasz YR-BGI zajął miejsce postojowe większość współpasażerów ruszyła do jeszcze zamkniętego wyjścia. No cóż... widocznie nie tylko u nas ludzie się spieszą :) Opuściwszy samolot zostaliśmy nieco zaskoczeni działalnością lokalnej obsługi naziemnej. Mimo, iż staliśmy jakieś 100m od terminala, oraz braku jakichkolwiek kołujących samolotów, obsługa postanowiła pochwalić się przed nami posiadanym autobusem. Z tego też powodu najpierw przyszło nam czekać przeszło pięć minut aż nasz pojazd się zapełni, aby następnie odbyć nim 30 sekundową podróż. Atrakcje te, a raczej ich czasochłonność, nie skróciły jednak czasu oczekiwania na bagaż, po którego odebraniu mogliśmy opuścić halę przylotów. Pozostało nam już tylko odgonić kilku natrętnych taksówkarzy i znaleźć naszego kierowcę, który pokazując nam trochę Kluża by night zawiózł nas (via McDonalds) do hotelu.

1 komentarz:

Ángel pisze...

Swego czasu miałam okazję korzystać z lotniska w mieście Targu Mures... Było bardzo "regionalnie", ale Wizzairem albo Malevem można było polecieć z tamtąd w wielki świat, hahaha :-)