sobota, 4 kwietnia 2009

Eurowings: BUD-DUS-KTW

BUD-DUS LH3473/03MAR09 Canadair RJ700 D-ACSB

Po spędzeniu dwóch dni w Budapeszcie, głównie na spotkaniach w okolicach lotniska przerywanymi wizytami w centrum miasta (w pobliżu FT), przyszło nam wracać do domu. Pierwszym samolotem, który leciał w naszą stronę i miał zagwarantować nam w miarę szybki powrót do domu po zakończeniu pracy na Węgrzech, był Canadair RJ700 Eurowings wykonujący lot Lufthansy do Dusseldorfu. Zaopatrzywszy się jeszcze w Warszawie w odpowiednie bilety, udaliśmy się do check-in aby dokonać odprawy. Tu zastała nas mała niespodzianka: personel obsługujący rejsy Lufthansy dopiero uczył się obsługi systemu odprawowego (a przynajmniej sprawiał takie wrażenie wpisując wszystko do systemu nader dokładnie używając do tego celu po jednym palcu każdej ręki), więc wydrukowanie dwóch zestawów po dwie karty pokładowe trwało 10 minut. Szczęśliwie security i odprawa w gate były znacznie szybsze. Okazało się nawet, że pani, która sprawdzała mój boarding pass wiedziała jak powiedzieć po polsku „dzień dobry”.

Po wejściu na pokład stwierdziliśmy, że Canadair RJ700 to dłuuugi samolot. Musieliśmy przejść przez całą kabinę, aby dotrzeć do naszych miejsc w 20-tym rzędzie. Przerażeni perspektywą słuchania przez półtorej godziny muzyki płynącej z silników GE CF34, z ulgą odetchnęliśmy po starcie, kiedy piloci ciut zmniejszyli obroty. Okazało się, że nie jest tak źle i bez specjalnych problemów mogliśmy rozmawiać. Serwis pokładowy nie odbiegał standardem od innych rejsów firmowanych przez Lufthansę: dostaliśmy po kanapce z salami, batoniku czekoladowym (który, jak udało mi się stwierdzić empirycznie, rozpuszcza się w ciągu zaledwie kilku minut oddziaływania nań promieni słonecznych zza okna) oraz czymś do picia. W odróżnieniu od opinii szerzonych przez pewnych polityków, niemiecki personel pokładowy był dla nas bardzo sympatyczny, więc cały lot przebiegł w miłej atmosferze.

Podczas lądowania w Dusseldorfie po raz kolejny stwierdziłem, że nie należy specjalnie ufać prognozom pogody. Zapowiadane zachmurzenie nie pojawiło się, więc po opuszczeniu samolotu, zdecydowaliśmy się spędzić dwie godziny pozostałe do boardingu naszego rejsu do Warszawy na tarasie widokowym umieszczonym w pobliżu końca pasa „…” Nie obyło się oczywiście bez robienia zdjęć, ale zanim je zaprezentuję minie pewnie trochę czasu.

DUS-KTW LH3322/03MAR09 Canadair RJ200 D-ACRR

Udany spotting, w połączeniu z promocyjnym zakupem mojej ulubionej whiskey, sprawił, że w dobrych nastrojach udaliśmy się do gate’u. Niewielka liczba pasażerów, którzy szczęśliwie nie kazali zbytnio na siebie czekać, pozwoliła na szybkie przeprowadzenie boardingu. Lotniskowy autobus zawiózł nas do kolejnego Canadair’a Eurowings – tym razem w wersji 200. Po wejściu na pokład zostaliśmy mile przywitani przez personel pokładowy i po wysłuchaniu obowiązkowego zestawu zapowiedzi poświęconych bezpieczeństwu na pokładzie zapięci w pasy obserwowaliśmy jak kończą się ostatnie przygotowania do odkołowania.

Na siedem minut przed czasem rozkładowym odlotu ruszyliśmy ze stanowiska. Nasz Canadair kołując na pas „…” minął taras widokowy na którym kilkadziesiąt minut wcześniej robiliśmy zdjęcia. Mimo, iż powoli już się ściemniało, paru entuzjastów jeszcze wypatrywało samolotów licząc na ujęcia w świetle zachodzącego słońca. Po krótkim oczekiwaniu (byliśmy trzeci w kolejce) wystartowaliśmy i wkrótce po starcie pilot obrał kurs na wschód. Po wyłączeniu sygnalizacji „zapiąć pasy” stewardessy rozpoczęły serwis. Ledwo siedzący dwa rzędy przed nami Hiszpanie dostali wino, zrobiło się małe zamieszanie, gdyż jedna ciamajda z półwyspu iberyjskiego oblała się nim dosyć dokładnie i zaczęło się wycieranie, wysuszanie i przesiadanie. Przy okazji okazało się, że wśród 30 pasażerów aż dziewięciu stanowili hiszpańscy menedżerowie wybierający się do kraju nad Wisłą. Ponieważ otrzymana kanapka była bliźniaczo podobna do tej zaserwowanej na odcinku z Budapesztu do Dusseldorfu zakwalifikowałem ją do kategorii „zjadliwych”, natomiast entuzjazm mój wzbudził serwowany na pokładzie Warsteiner (wg niemieckich sloganów reklamowych – królowa piw).

W międzyczasie zdążył zapaść zmrok, więc z mapą w ręku staraliśmy się ustalić naszą pozycję na podstawie świateł miast nad którymi przelatywaliśmy. Kilka minut po tym, jak stwierdziliśmy że przelatujemy nad Lipskiem z kokpitu dobiegł nas średnio pocieszający komunikat: z powodu trudnych warunków atmosferycznych w Warszawie, piloci zdecydowali się na zmianę planu lotu i lądowanie w Katowicach. Stewardessy z przepraszającymi minami (mniej więcej jakby znalazły przed chwilą w kieszeni ślady obecności kota cierpiącego na dolegliwości żołądkowe) próbowały uspokajać pasażerów. Szło im to jednak średnio, biorąc pod uwagę mierną znajomość geografii Polski, czego dowód dały dopytując się jak daleko jest z Katowic do Warszawy. Lądowanie na lotnisku w Pyrzowicach było z pewnością jednym z najciekawszych jakie zdarzyło mi się przeżyć (z akcentem na to ostatnie słowo). Już samo podejście do lądowania i liczne mgły nad Zagłębiem budziły pytania o racjonalność lądowania w Katowicach. Podczas zniżania w pewnym momencie weszliśmy w mgłę, która skończyła się w momencie gdy kołowaliśmy w stronę terminala. Przyziemienie było wykonane jak najbardziej profesjonalnie, lecz dało się zauważyć odejście od osi pasa, a mój osobisty dyskomfort wzbudził widok linii środkowej pasa po mojej lewej stronie.

Po opuszczeniu samolotu na katowickim lotnisku, okazało się, że nie byliśmy jedynym samolotem przekierowanym znad Warszawy. Podobny los, a w perspektywie podróż autobusem do domu, spotkał także pasażerów Wizz Air’a lecącego z Bergamo oraz czarteru z Agadiru (chyba wykonywanego przez Travel Service). Trzeba jednak oddać honor obsłudze naziemnej GTL-LOT, która sprawnie zorganizowała kilka potrzebnych autokarów. Po godzinie od lądowania siedzieliśmy już w autobusie, który miał nas zawieźć na Okęcie. Wprawdzie gdzieś w terminalu zgubiła się wspomniana wcześniej grupa Hiszpanów, ale jakoś nikomu z pozostałych pasażerów nie zależało na ich poszukiwaniu… Tak więc po chwili oczekiwania wyruszyliśmy, aby krótko po północy dotrzeć do celu naszej podróży.

Brak komentarzy: